Jako, że październikowa wyprawa dookoła Jeziora Zyzdrój dała wszystkim uczestnikom wiele radości, w połowie listopada umówiliśmy się (Piotrek, Marcin i ja) na kolejną przechadzkę. Tym razem plan był następujący: start w miejscowości Zgon, przejście przez rezerwaty przyrody Królewska Sosna, Zakręt i Krutynia, obejście dookoła Jeziora Mokrego, nocowanie w lesie i powrót do domu dnia następnego.

Pobudka o godzinie czwartej rano, szybkie śniadanko (jajecznica, herbata), klamoty na plecy i wyjście na miejsce spotkania. Piotrek już czekał, jego samochodem podjechaliśmy po Marcina i w komplecie wyruszyliśmy w stronę Pojezierza Mazurskiego. Nad brzegiem Jeziora Mokrego byliśmy skoro świt.

Po niespełna godzinie marszu weszliśmy na teren rezerwatu przyrody Królewska Sosna i natrafiliśmy na jeziorko, na którym znajdowała się pływająca wyspa. Jeziorka w tych rejonach powoli zarastają nasuwającym się na lustro wody kożuchem torfowców. Pod wpływem wiatru i fal, kożuch ten rozrywa się i płaty roślin torfowiskowych, czasami wraz z niewielkimi drzewami, dryfują po tafli jeziora. Są to właśnie tzw. pływające wyspy. Nie przepuściliśmy oczywiście okazji, aby połazić po torfowym kożuchu i zacumowanej do brzegu pływającej wyspie. Odczucie jest takie, jakby się chodziło po olbrzymim łóżku wodnym.

Będąc w rezerwacie przyrody Królewska Sosna głupio by było nie zerknąć na tą sosnę. No więc zerknęliśmy ... i trochę rozbawieni informacją „uschła w 1973 roku” poszliśmy dalej.

Około godziny dziewiątej dopadł nas głód. Zrobiliśmy sobie przerwę na śniadanie. Ranek był typowo jesienny, powietrze wilgotne i chłodne.

W rezerwacie przyrody Zakręt weszliśmy na ścieżkę dydaktyczną. Tablice edukacyjno-informacyjne były rozstawione przy ciekawszych miejscach. Z zainteresowaniem przyglądaliśmy się splecionym w „miłosnym uścisku” dwóm drzewom - dąb(mężczyzna) i sosną (kobieta). Ten pomnik przyrody nosi nazwę „Zakochana para”.

Podziwialiśmy roślinność, rozlewiska, jeziorka i bagna, a nad naszymi głowami niemiłosiernie krzyczały sójki. Chcieliśmy przyjrzeć się z bliska rosiczce – roślinie drapieżnej, ale o tej porze roku niestety jej nie napotkaliśmy.

Przed południem, gdy przez konary drzew zaczęły przedzierać się promienie słońca, las nabrał mistycznego charakteru. Ależ nam te promienie radości dostarczyły, duże chłopy a bawiły się jak dzieciaki. Normalnie zostaliśmy oświeceni.

Po wyjściu z rezerwatu Zakręt skierowaliśmy swoje kroki w stronę miejscowości Krutyń. Tam cisza i spokój, bo sezon turystyczny skończył się już dawno. Komu chciało się dźwigać dodatkowe kilogramy(a był taki jeden, tylko nie będę skarżył który), ten uzupełnił sobie zapas piwa w lokalnym sklepiku.

Kolejnym etapem naszej wędrówki był rezerwat przyrody Krutynia. Szliśmy wzdłuż brzegu jeziora Krutyńskiego. Krótki odpoczynek zrobiliśmy na nadbrzeżnej skarpie, potem ruszyliśmy w kierunku niewielkiej śluzy na kanale łączącym jezioro Mokre i Krutyńskie. Po śluzie przeszliśmy na drugą stronę kanału.

W południe dotarliśmy na przeciwną od miejscowości Zgon stronę jeziora. Pokonaliśmy już ¾ trasy zaplanowanej na ten dzień. Byliśmy z tego faktu mocno zdziwieni, bo dotrzeć tu planowaliśmy za około dwie godziny. Rozleniwiło nas to trochę, dalej szliśmy nieco wolniej, pozwalając sobie na częstsze przerwy i wygłupy.

Około godziny 14 dotarliśmy do miejsca, w którym postanowiliśmy rozbić obozowisko i przenocować.
Chłopaki rozłożyli swoje namiociki. Ja zrobiłem sobie legowisko z igliwia świerkowego, na które położyłem karimatę, a nad głowa podwiesiłem poncho przeciwdeszczowe. Rozpaliliśmy ognisko.

Zmrok zapadł szybko. Od strony jeziora słychać było mocny wiatr. Do nas na szczęście on nie docierał, chronił nas las. Bajdurząc przy ognisku i konsumując, co tam kto miał (ja miałem kanapkę ze smalcem i słoik makaronu z sosem), czas upłynął nam bardzo szybko. Piotrka sen zmorzył o godzinie 20, ja z Marcinem wytrzymaliśmy do 22.

Niepilnowane ognisko wygasło nam po godzinie. Około drugiej w nocy obudził mnie chłód. Wstałem, wskrzesiłem ponownie ognisko i hops z powrotem do legowiska. Ponownie przebudziłem się o godzinie szóstej rano. Słyszałem jak chłopaki wychodzą z namiotów, więc też postanowiłem wygramolić się z barłogu. Rozpaliliśmy ogień i nastawiliśmy wodę na herbatę. Zjedliśmy śniadanie.

Zwinęliśmy obozowisko i wyruszyliśmy w kierunku miejsca, z którego wczoraj z rana zaczęliśmy przygodę. Bez pośpiechu i w dobrych humorach. No może Marcin miał trochę mniej powodów do śmiechu – z winy nowych i źle dobranych butów doznał kontuzji obu ścięgien Achillesa. Twarda z niego jednak sztuka i dzielnie dokuśtykał do końca trasy. Nasza trwająca dobę piesza wycieczka wyniosła 32 kilometry.

Ta wyprawa oprócz pływających wysp będzie kojarzyła się mi z powalonymi drzewami. Od początku wędrówki na szlaku napotykaliśmy na połamane i powyrywane z korzeniami drzewa. Najdziwniejsze było to, że w środku lasu, jedno potężne drzewo leżało wyrwane, a dookoła rosły inne nienaruszone.

Komentarze


Zdybi
Trafiliście na ciekawy organizm:) Śluzowca (to coś pomarańczowe) Gratki, fajny wypad.

buszmen
fajne tereny i tylko 1,5h od Ełku gdzie mieszkam :)

obywatel świata
Fajna relacja, świetne zdjęcia, tylko jedno ale. Miejscowość nazywa się Krutyń, a rzeka Krutynia.

Artur
Masz rację obywatel świata - poprawiłem.



Autor
Tresc
Ile jest dwa + dwa ?




 Do góry Strona główna

© Przechadzka.pl - opisy wypraw i wędrówek.