- A po co tak łazisz po tych lasach? - pyta mnie ojciec na niedzielnym obiedzie rodzinnym.
- A tak sobie, przyrodę podziwiam, oddycham świeżym powietrzem, zdjęcia robię. - odpowiadam, i dodaję: - Za tydzień będę szedł. Jak chcesz, to chodź, połazimy razem.
I poszliśmy. Od kilku dni temperatura powietrza była dodatnia. Śnieg zdążył już się roztopić. To jeszcze nie przedwiośnie, a jedynie odwilż i roztopy.
Ojca zabrałem z pod domu samochodem, w kilka minut byliśmy na skraju miasta, a przed nami rozpościerała się ściana lasu. Przyznam się tutaj bez bicia, że mnie lekko bolała głowa, a winowajcami tej boleści było piwo (a w zasadzie kilka) i mój przyjaciel, z którym ten właśnie trunek skonsumowałem dzień wcześniej. No ale przed ojcem wstyd się było przyznać, więc udawałem, żem w pełni sił. Na szczęście ból głowy minął po kilku minutach łażenia po lesie.

Na dnie wyschniętego stawu znaleźliśmy kompletny szkielet jakiegoś zwierzaka. Przez chwilę zastanawialiśmy się, co to mogło być za stworzenie i doszliśmy do wniosku, że na pewno nie dinozaur.

szkielet

Miłym dla oka widokiem była wierzba i bazie szykujące się do wyjścia z ochronki. Nawet najmniejsze oznaki zbliżającej się wiosny wywołują radość i człowiekowi cieplej na sercu się robi.

bazie

Idąc dalej natrafiliśmy na rozłożystą i pokaźnych rozmiarów sosnę. Robiła naprawdę duże wrażenie.

sosna

W którymś momencie las się skończył i dotarliśmy w pobliże rzeki Narew. Od jej brzegów oddzielały nas pokryte cienkim lodem rozlewiska. W miejscach gdzie nie było lodu pływały łabędzie. Jeden z nich, gdy nas tylko zobaczył, zaczął przedzierać się przez lód w naszą stronę. Jak lodołamacz utworzył w lodzie ścieżkę, podpłynął do brzegu i zatrzymał się przed nami w odległości dwóch metrów. Widać, że był głodny i nauczony, że ludzie dokarmiają. Niestety baton czekoladowy nie za bardzo mu smakował, a innych pokarmów nie mieliśmy. Ptaszysko odpłynęło z niczym - niepotrzebnie się natrudziło z tym przedzieraniem przez lód.

zamarźniete rozlewisko łabędź

Pożegnaliśmy łabędzie i ruszyliśmy dalej. Po kwadransie dotarliśmy do miejsca, gdzie rzeka Omulew wpływa do Narwi. Lód na Omulwi miejscami osiągał ogromną grubość, jednak był popękany, a duża jego część była zanurzona pod wodą. Przechodzenie po takim lodzie na drugą stronę rzeki było by szaleństwem, na które się nie zdecydowaliśmy.

lód na rzece

Jako, że zbliżała się pora obiadowa, a nam kiszki zaczęły marsza grać, zawróciliśmy w stronę domu. Obiad po trzygodzinnym łażeniu smakował doskonale.
Natomiast na kolację tego dnia zdegustowałem jajecznicę z grzybami przytarganymi z przechadzki z ojcem. Zimówka aksamitnotrzonowa rośnie na butwiejących pniach drzew liściastych, można ją spotkać od października do marca. Grzyb ten łatwo zidentyfikowaniu po trzonie pokrytym jakby futerkiem przywodzącym na myśl aksamit. Do jedzenia nadają się same kapelusze. Po umyciu, podsmażyłem je na patelni razem z cebulką, a następnie wbiłem kilka jajek. Zapach grzybów rozniósł się po całym mieszkaniu – mniam.

zimówka aksamitnotrzonowa

Komentarze




Autor
Tresc
Ile jest dwa + dwa ?




 Do góry Strona główna

© Przechadzka.pl - opisy wypraw i wędrówek.