Chęć na zimową przechadzkę wraz ze spędzeniem nocki w terenie była od dawna, ale a to brak czasu, a to kontuzje/choroby przeszkadzały w realizacji zamierzeń. Już myślałem, że w tym roku zimowego nocowania nie będzie, gdy zadzwonił Piotrek:
- Jedziemy w ten weekend, bo jak teraz tego nie zrobimy, to tej zimy nie będziemy mieli już okazji!
No to w drogę! Skład osobowy ten sam, co na wyprawie dookoła Jeziora Zyzdrój. Plany były następujące: obejść dookoła jeziora Zdrużno i Uplik, na trasie przenocować gdzieś w lesie.

Około godziny 10:30 dojechaliśmy do Spychowa. Samochód zaparkowaliśmy w Stanicy Wodnej PTTK i ruszyliśmy drogą w kierunku wioski Połom. Tam obejrzeliśmy stary, niewielki cmentarz rodzinny i przywitaliśmy się z Jeziorem Zdrużno.

Kolejnym etapem wędrówki było przejście Strugi Spychowskiej na drugi brzeg. Postanowiliśmy iść wzdłuż niej, spodziewając się napotkania mostka lub kładki, z których moglibyśmy skorzystać. Na tym etapie czekało na nas kilka niespodzianek. Po pierwsze spodziewaliśmy się „małej” strugi, a zastaliśmy rzeczkę o szerokości kilku metrów. Po drugie teren wzdłuż rzeczki był bagnem pokrytym śniegiem. Idąc, nogi najpierw zapadały się w śniegu, a następnie w bagnie. Po trzecie nie natrafiliśmy na żadną kładkę. Po zaśnieżonym bagnie brnęliśmy wiele kilometrów, aż do miejscowości Bystrz, czyli nieopodal miejsca, z którego wyruszaliśmy. Tam niewielki mostek umożliwił nam przeprawę na druga stronę Strugi Spychowskiej. Zmęczeni, po kilku godzinach wędrówki, byliśmy prawie w miejscu startu. W tym momencie musieliśmy zmienić swoje plany: rezygnujemy z obejścia Jeziora Uplik, obchodzimy jedynie Jezioro Zdrużno.

Minęliśmy miejscowość Bystrz, po prawej stronie mignęło nam Jezioro Kierwik, przeszliśmy przez wioskę Koczek i most na styku jezior Zdrużno i Uplik, następnie kilka kilometrów marszu drogą biegnącą w środku malowniczego lasu i odbicie w głąb głuszy. Trochę zaczęliśmy się śpieszyć, gdyż minęła godzina piętnasta i za godzinę spodziewaliśmy się zmroku. Była najwyższa pora na znalezienie miejsca na obozowisko i przygotowania do noclegu.

Miejsce odpowiednie na rozbicie obozowiska udało nam się znaleźć tuż przed godziną szesnastą. Podczas gdy ja rozpalałem ognisko (taka powinna być kolejność: ognisko, schronienie, dopiero potem inne czynności), to moi towarzysze podróży, nicponie i szuje jedne, zajęli się swoimi egoistycznymi sprawami: Piotrek na mini kuchence gazowej jakieś jadło odgrzewał, a Paweł rozstawiał swój namiot. Swoje niechlubne postępowanie odkupili szybko, gdy poczęstowali mnie ciepłą herbatą.

Gdy ognisko płonęło już porządnie, schronienia były pobudowane, brzuchy napełnione, przyszedł czas na suszenie odzienia. Tyłki, spodnie, buty i skarpety, ku naszej uciesze, parowały nad ogniem intensywnie. Potem już było tylko ciągłe dokładanie drewna do ogniska oraz rozmowy i wygłupy. O północy poszliśmy spać.

W nocy mróz był niewielki(-3 st.C). W legowisku spało mi się dobrze. Noc minęła szybko. Na godzinę 6:00 wyznaczyliśmy pobudkę: nie ma przeproś, trzeba było wstawać. Wskrzeszenie ogniska, śniadanko, pakowanie majdanu i ruszyliśmy w drogę powrotną.

Nasza wyprawa nie była zbytnio długa, całość wyniosła może z 15 kilometrów. Niemniej zimowe warunki dały mi się we znaki. Zmęczenie było odczuwalne, ale radość z wyprawy je zagłuszyła. Następna „większa” przechadzka zapewne odbędzie się wiosną. Może uda połączyć się ją ze zbieraniem soku z brzozy?

W czasie naszej pieszej wyprawy napotkaliśmy zwierzęta żywe i martwe, ludzi trzeźwych i pijanych, budowle ciekawe i rudery. Gdy nam się chciało to robiliśmy zdjęcia, gdy nie chciało, szliśmy dalej.

Komentarze


Mateusz
Nie zbieraj soku z brzozy bo Ci ręce pourywa!



Autor
Tresc
Ile jest dwa + dwa ?




 Do góry Strona główna

© Przechadzka.pl - opisy wypraw i wędrówek.