Wycieczki do ZOO w Warszawie to u nas tradycja rodzinna kultywowana od pokoleń. Rodzice mnie tam zabrali jako małego „kajtka”. Teraz przyszła kolej na moje dzieciaki, niech sobie pooglądają trochę zwierzyny za kratkami. Jedziemy!

Dzień zapowiadał się upalnie. Aby uniknąć drogi w najwyższych temperaturach , wyruszyliśmy o godzinie ósmej rano. Najstarszy syn odziedziczył po mnie chorobę lokomocyjną. Dwie ziołowe tabletki z imbiru okazały się dobrym remedium na jego problemy. Na miejsce dotarliśmy o godzinie 10:45, kupiliśmy bilet rodzinny i weszliśmy do środka.

Na wstępie przywitaliśmy się z ptactwem. Mały spacer alejkami, fontanna i dotarliśmy do stanowiska z pawianami. Dzieci wlepiły gały w stworzenia człekokształtne i po chwili każdy z nich zaczął się wydzierać: „Czerwona pupa, czerwona pupa!” Padło pytanie: „Dlaczego pawiany mają takie czerwone tyłki?”, ale przyznam się, że tego nie wiem do tej pory. Kombinowałem z odpowiedziami, żeby dzieciaki w końcu się uciszyły i przestały wykrzykiwać: „D..a, d..a!”.
- Od siedzenia na gorącym piasku. – powiedziałem.
- Od zjeżdżania ze skał, tyłek im się poparzył. – dodała żona.

Przechadzając się po ZOO odwiedziliśmy kangury leniwie drzemiące w cieniu drzew, goryla, który przestraszył zwiedzających mistyfikowaną szarżą na szybę, słonie, nosorożca wylegującego się w błocie, żyrafy, jaszczurki, krokodyle, hipopotamy, pingwiny, zebry. Dużym zainteresowaniem u naszych dzieci cieszyły się ryby i rekin.

Dzieciaki zaglądały i właziły, gdzie tylko mogły, wymęczyły się na ogrodowym placu zabaw, schłodziły/zmoczyły dzięki czynnemu zraszaczowi trawy. W komitywie udało im się wyłudzić od rodziców pieniądze na kolorowe zimne napoje i lizaki. Po południu, zmęczeni, ale zadowoleni ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.

Komentarze




Autor
Tresc
Ile jest dwa + dwa ?




 Do góry Strona główna

© Przechadzka.pl - opisy wypraw i wędrówek.